W naszym domu od narodzin Weroniki jest sprawiedliwy podział – ja kąpię i usypiam młodsze, w tym samym czasie, analogiczne czynności wykonuje mąż przy starszej. Są jednak sytuacje, w których zostaję całkowicie sama (prawdę mówiąc policzę to na jednej ręce) i tak też było w pewien wtorek..

Ogólnie dzień nie zapowiadał żadnej tragedii, ani historii, która posłużyłaby za scenariusz dla trudnych spraw. Małż wrócił i podczas wspólnego obiadu powiedział, że musi wyjść wieczorem w sprawach służbowych. Pyta czy dam sobie radę z dziewczynkami, czy może ma kombinować, żeby być na usypianie. Wtedy włączył mi się moduł superbohatera i na usta cisnęło „bitch, please”, ale odpowiedziałam, że jakoooooś dam radę.. i wtedy w to wierzyłam.

Dobry plan to podstawa

Mój plan w teorii był doskonały! Weronikę wykąpałam, gdy w telewizji leciał Kaczor Kwacki czy inne irytujące ucho rodzica badziewie na Disney Jr. Miała mi zasnąć przy karmieniu i wtedy mogę całą uwagę poświęcić Marysi. Ekspresowe kąpanie, suszenie, zejście na dół i bufet. Je, je, je, a ja opowiadam jej o swojej pracy, by oszukać system i szybciej wygrać tę bitwę. W tle słyszę już piosenkę pidżamersów, która informuje mnie, że jest 19:30. Młodsza nawet nie myśli o śnie, mało tego! Powieka jej nie drgnie, gdy opowiadam o pliku JPK. Myślę sobie, skoro po dobroci nie chcesz, zaczynamy wojnę.

Mamusia zrobi kolacje Marysi, a jak skończy to.. pośpiewa
w tle brakuje tylko dramatycznej muzyki..

Po tych słowach, każdy normalny szukałby ratunku. W tym wypadku – zasnąłby. Talentem muzycznym nie grzeszę, a słuchanie mojego wykonania Poker Face skłania ku popełnieniu samobójstwa. To jednak jej niestraszne, bo zaczyna się uśmiechać i machać nóżkami.. Zostawiam młodą na macie, starszą biorę pod pachę, żeby przypadkiem mi nie uciekła i tacham do kuchni. Jemy! Po 4-minutowym koncercie życzeń „tooo, tooooo, nieee”, w końcu je. Trwa to chwilę, ale po powrocie do salonu widzę, że Weronika wybrała przyszłość, życie, radość i.. śpi. W głowie gratuluję sama sobie, jestem taka zorganizowana, a mój plan jest doskonały, ogólnie jestem taka..idealna! Co może pójść nie tak? A no kurwa.. wszystko.

Dużo rzeczy próbuje przyspieszyć moje niepowodzenie – chociażby krzyk Marysi podczas przygotowywania kąpieli, bo szczotka do zębów taka brzydka, woda taka mokra, a płyn słabo się pieni, ale nie! Weronika dalej śpi. Już widzę to oglądanie w szale euforii Na Wspólnej czy Zdrady bądź inne, równie ambitne seriale polskiej produkcji, zajadanie się płatkami śniadaniowymi na kolację i satysfakcję, gdy po powrocie męża prychnę i powiem „this is how I do it.. bejbe”.

No i zapeszyłam..

Usypianie Marysi to jedna z najprostszych i najprzyjemniejszych rzeczy, jakie można przy niej robić. Odpada się Metallicę, tuli małego karakanka i buja na fotelu. 3-4 minuty i koniec. Można wrzucić do łóżka i zapomnieć do rana. Jesteśmy już na refrenie, czuję jak jej ciało robi się coraz słabsze, a tuzin pluszaków, które wypełniają przestrzeń między mną, a nią opadają na podłogę i wtedy słyszę głośny płacz. Normalny człowiek powiedziałby „no kur..”, ale przecież ja nie jestem normalna i do końca wierzę, że mi się uda.. Zasłaniam jej uszy, z nadzieją, że nie usłyszy siostry i nie zacznie płakać razem z nią.. niestety ściany nie są tak grube, jakbym sobie tego życzyła.

Na zegarku już po 20:00, przekreślam plan oglądania, jedzenia czy.. nawet wyspania się. Idę do drugiego pokoju z nadzieją, że może polulanie poskutkuje, ale nie wierzę. Rzucam Maryśkę na łóżko, tulę Weronikę, a ta.. odpływa – powraca nadzieja, może chociaż gry małżeńskie sobie ogarnę? (skąd ja znam te wszystkie tytuły?). Zapewne ktoś, kto nie ma dzieci teraz się zastanawia – skoro chciała spać, to przecież nie będzie problemu z usypianiem. Otóż… nie. Dzieci mają taką magiczną umiejętność, która od pokoleń jest przeklinana przez rodziców. Ich ciało potrafi zregenerować się z prędkością V8, która rozpędza się do setki na Żurawiej (dla ułatwienia – w kilka sekund), ale gdy spieszysz się na spotkanie, które od tygodnia jest umówione, wtedy ma melodię do snu, jak ta lala (do 3,5 godziny..). Także tego. To wydarzenie zapoczątkowało czarną serię, bieganie między jednym pokojem, a drugim, aż finalnie wrzucasz wszystkie dzieci do jednego miejsca i czekasz na śmierć.. ewentualnie powrót męża.

Maria w tym czasie śpiewa MOOOOC (kraina lodu) zremiksowane z DooDooDooosią (klinika pluszaków), a że jej głos z każdym kolejnym słowem robi się coraz głośniejszy, a to finalnie przebudza i Weronikę. W domu trwa impreza, na której tylko ja bawię się ch.. wróć! kiepsko.

Myślę sobie, fuck this. Nie jest to możliwe, aby jeden rodzic ogarnął dwójkę tak małych dzieci, gdzie każde z nich ma inne rytuały na wieczór. Oddaję Belzebuba mężowi, który ledwo ściągnął buty, łapię za chustę, w którą motam młodsze tak starannie, aby możliwy był tylko ruch powiek. Bujanie, śpiewanie (no przecież ostrzegałam!), udawanie suszarki, później okapu i o 23:30 zasypia. Maria też, a my? Szczerze to nie pamiętam momentu, w którym odkładałam głowę na poduszkę, albo to, czy się przebrałam w piżamę. Na szczęście dziecko o mnie dba i obudziła mnie 10 minut po północy, abym zweryfikowała stan rzeczy, a przy okazji ją nakarmiła.

Ile Wy najdłużej usypialiście swoje dzieci?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *