Myślę, że wiele mam, które zapoznają się z moim tekstem powie sobie w duchu „znam to”. Moja historia ani nie jest odkrywcza, ani niezwykła. Taka to proza bycia rodzicem i walki ze snem swojego dziecka. Raz uda się wyjść obronną ręką, innym razem zasypiasz trzymając dziecko, wygięta nogą w stronę Kaukazy, a głową na Madagaskar i budzisz się rano pogięta i jeszcze bardziej zmęczona… ale do sedna!

15451085_10207966028256211_15548552_n

Największa tragedia rodzica małego dziecka? Gdy to małe postanowi zasnąć między 17:30 a 19:00. TRA-GE-DIA. Kto choć raz dopuścił do takiej sytuacji, doskonale wie, czym to się kończy. A kończy się zabawą do 2 w nocy. Wracałam od moich rodziców z domu, standardowo spacerem. W wózku moje piękne, roczne dziewczę drze się na osiedle, jakby chciała wszystkim udowodnić, że jest najgłośniejsza o tej godzinie na naszym osiedlu. Była godzina 19:30, więc adrenalina skoczyła mi do głowy, bo czułam presję. Zaśnie? Nie zaśnie? Zaśnie? No cholera, do drugiego domu mam może 200 metrów drogi.

Po 100 metrach (kilkunastu sekundach głośnego krzyczenia MAMANAMANTATATA AAAAAALLAH – nie żartuję..) nastała cisza. W naturalnych warunkach sprzed czasów porodu uśmiechnęłabym się i powiedziała – nareszcie przestało. Jednak po przejściu przez gehennę związaną z porodem, a następnie rocznym wychowywaniem dziecka wiedziałam, że to nie zwiastuje niczego dobrego. Czas przyśpieszyć. Niczym Usain Bolt u szczytu swojej formy postanowiłam narzucić tempo. W końcu jeszcze 100 metrów do bramki. Gwarantuję Wam – w RIO dostałabym platynowy medal obsadzany diamentami, takie rekordy robiłam.

W pocie czoła przy minus „czech” szukam nerwowo kluczy od bramki i z ciekawości zarzucam żurawia do wózka. No tak – najgorszy scenariusz z możliwych. ŚPI. Bez smoczka, bez tulenia, bez 30 minutowego fałszowania kotka na płocie. Śpi. Słodko, tak niewinnie. Rozczuliłam się, ale przypomniałam sobie, że to nie wróży nic dobrego. Czas ją delikatnie obudzić, w końcu śpi od dwóch sekund, uda się. Więc mówię przy bramce do siebie, nadal szukając kluczy w jej wielkiej torbie, w której znajdę nawet latarkę czy śrubokręt.

– „Gdzie są moje klucze, ojojoj, klucze gdzie jesteście” – podnosząc z każdym słowem głos, patrzę czy się nie budzi. Nie budzi się. Reakcji całe… ZERO. Jednak sąsiad zwraca na mnie uwagę, patrząc jak na debila, który mówi do siebie. Jest stary, nie pamięta jak to jest. Idzie dalej, przyspieszając tempa, jakby się bał, że go zaatakuje tym śrubokrętem, bo kluczy nadal nie mam. Gdy je znalazłam, dalej próbowałam zbudzić Ludwiczkę, bez skutku. Dlatego wpadłam na inny genialny w swojej prostocie plan. JEBNĘ bramką jak typowa cebula, która nie zna funkcji klamki. Z uśmiechem to zrobiłam, uderzenie metalu o metal aż do dzisiaj dzwoni mi w uszach, psy w domu zaczęły szczekać, a młoda? Jak spała, tak nic jej nie zbudziło. Przechodząc przez próg stwierdziłam, że będzie w spacerówce do rana. Nie przenoszę, boję się. **WYRODNA MATKA**

Sytuacja brzmi znajomo, co? Jednak powróćmy jeszcze do nocy poprzedniej, gdy cały dzień bawiłyśmy się na pełnych obrotach, spacery, chodzenie, układanie, burzenie, sianie ogólnego rozpier***, terroru i chaosu w domu. Normalne dziecko zasnęłoby po kąpieli w chwilę moment. Moje.. NIE. Mleczko, 355 razy kołysana w lewo i prawo (tak, liczę, to mój punkt krytyczny), śpiewanie, nucenie, odgrażanie się. Śpi. Oko nie drgnie. Delikatnie odkładam do łóżeczka, przykrywam bezszelestnie kołderką i na paluszkach ruszam się niczym polująca na swoją ofiarę kuna. Nagle, pod ciężarem całych 50kg mojego ciała trzaska parkiet. Znacie ten dźwięk? Ledwo można go dosłyszeć, jednak radar mego dzieciątka pali się na czerwono i słyszę „yyyyyyyy MAMA”. Na ręce, tulenie, całuski, znowu 355 plus jedno kołysanie tym razem od prawej zaczynam do lewej. Śpi, ręka bezwładnie opada, jednak gdy ona dotyka pleckami materacyk, znowu oczy jak pińć złociszy. I tak w kółko, przez dwie godziny.

Pytam się. Gdzie tu sens? Doświadczyłaś podobnej sytuacji? Nie bój się udostępnić u siebie mojego wpisu – będzie mi bardzo miło. Matki wyrodne, bezradne i bez siły – łączmy się, bo co innego nam pozostało? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *