Bohemian Rhapsody – recenzja filmu, na który czekałam całe życie

Z ręką na sercu, a wiele osób to potwierdzi. Nie znam drugiej takiej (psycho)fanki zespołu Queen jak.. ja. Ich muzyka towarzyszyła mi przez całe życie. Gdy byłam małym smarkiem, ukochałam sobie jedną płytę CD moich rodziców “best of rock ’96” – taka czarna składająca się z dwóch krążków. Na pierwszym, drugą piosenką było “we will rock you”. Razem ze mną słuchało jej pół osiedla (w tym zapewne i mój mąż, który mieszkał kilka domów dalej 😉 ).. ciągle i ciągle i ciągle.

Gdy kupiłam swoje pierwsze BMW, podczas drogi z Poznania do Kołobrzegu wciąż z Tomkiem słuchaliśmy “don’t stop me now”, a na zakrętach w okolicy Połczyna uczyłam się driftu przy “headlong”. Choreografię do pierwszego tańca układaliśmy do “one year of love”, a podczas wszystkich ciąż słuchałam “radio ga ga” oraz “kind of magic”. Gdy mi dobrze, słucham Queen, gdy mi źle też ich słucham. W aucie lecą do znudzenia na zmianę z Adamem Ostrowskim. I wiecie co? Nigdy mi się nie nudzą. Oglądałam ich koncerty na YT, byłam w Multikinie z 4 lata temu na filmie dokumentalnym, jednak to wciąż było dla mnie za mało. Żałuję, że urodziłam się tak późno i nie miałam możliwości kupna biletu na ich koncert, dlatego informacja o filmie wywołała we mnie nadzieję, że będzie to kolejny materiał o ludziach, którzy w jakimś stopniu wpłynęli na moje życie.

Bohemian Rhapsody od początku

Wstępnie mówili o mocnym, kontrowersyjnym filmie, nawet główny aktor cieszył się, że pokażą Mercurego w zupełnie innym, prawdziwym świetle. Niestety pozostałym członkom zespołu nie było to na rękę, dlatego nałożyli cenzurę, która skończyła się zmianą osoby, która wcielała się w rolę lidera. Czy to wpłynęło negatywnie na obraz? Otóż.. nie do końca.

Wiele osób szuka w nim przesłania – że narkotyki są złe, sypianie z każdym kto popadnie – jest złe. Nie szanowanie przyjaciół i rodziny – jest złe. Ale do cholery, to wszystko już widzieliśmy i wiemy, a twórcom wcale nie zależało na głębi obrazu, a pokazaniu delikatnego skrawka życia zespołu jak i Freddy’ego. O tym, jaką przeszli drogę, jak tworzyli muzykę, jak się kłócili i jak epicko imprezowali. Jak z nic nieznaczącego zespołu grającego do kotleta, stali się legendami, które porywały setki tysięcy ludzi na koncertach. To dopiero robi wrażenie, ale wszystko zostało okupione ciężką pracą, samotnością i zagubieniem.

 

Będzie ostro, będzie brzydko

W filmie nie starano się wybielić Mercurego, nie pominęli jego problem z seksualnością, z rodziną, z zespołem, ze społeczeństwem. Nie przymknęli oko na narkotyki i alkohol, który był w ich twórczości bardziej niż obecny. Kiedyś słyszałam, że przy okazji wydania jednego krążka, razem z wytwórnią wydali całonocną imprezę, na którą dali 200 tysięcy dolarów (w latach 80!). Kokaina unosiła się w powietrzu, alkohol lał się strumieniami, w łazienkach czekały prostytutki, aby.. ehm.. pomóc w zabawie. Goli kelnerzy, karły, a przebiegu.. nikt nie chce pamiętać, bo za bardzo poniósł ich melanż i po prostu nie wypadało o tym mówić. Queen są prawdziwymi królami rocka, raczej nikt już nie osiągnie takiego sukcesu.. Nie porwie tyle ludzi, nie wywoła tyle skrajnych emocji, nie stworzy piosenek z głębokim przekazem (no, może poza “i love my car”). Jest to trochę smutne, bo po wyjściu z kina zrobiło mi się przykro. Ten film miał być kropką nad “i”, wyczerpaniem tematu związanego z Queen, a wciąż czuję niedosyt, ale też nadzieję..

Co zobaczymy w filmie?

W zasadzie opowiedziałam już o wszystkim, tylko nie o filmie, ale bardzo Cię przepraszam, o Queen mogłabym rozmawiać godzinami. Zapewne zastanawiasz się, co zobaczysz w Bohemian Rhapsody. Otóż będzie zbyt grzecznie, ale też będzie brzydko. Wszyscy pracujący nad produkcją skupili się, aby uhonorować zespół, przekazując część historii, a nie bawić się obrazem, by wygłodniałe kobiety wzdychały do Rogera czy nawet Freddy’ego. Są tacy, jacy byli w rzeczywistości, pochłonięci tworzeniem muzyki, koncertowaniem i korzystaniem z uroków sławy. Nie są piękni, nie są przystojni, niekiedy nawet wywołują obrzydzenie. Film zaczyna się typowo – wokalista zespołu daje dupy i odchodzi. Wtedy Freddy przychodzi tanecznym krokiem, daje upust emocji, śpiewając pod barem i mówi, że jeszcze się spotkają. Zaczynają grać i myśleć co dalej. Trafiają na agenta i reszta jest znana. Świetny album, pierwsza trasa, ryzykowne decyzje łączenia rocka z muzyką operową, klubową, ciągłe poszukiwanie nowych nut, słów, kontaktu z fanami. Pierwsze zgrzyty, rozłamy, spiski, złe decyzje, zaufanie nie tym, co trzeba. Sięgnięcie dna, prośba o szansę i spektakularny powrót. Jak to piszę, mam ciarki na ciele, bo mam przed oczami koncert LIVE AID, który widziałam w oryginale, a w filmie idealnie odtworzyli jego przebieg.

Muszę też poświęcić trochę miejsca dla aktora – Rami Malek miał ciężkie zadanie przed sobą. Każdy z nas zna głos Mercurego, wie jak się poruszał, jak rozmawiał, jaki miał uśmiech. Nie musisz być jego wielkim fanem, a wiesz to wszystko. Na tym polega fenomen tej osoby, jak i całego Queen. Nie musisz ich kochać, a znasz najważniejsze piosenki. W filmie wielokrotnie widziałam Freddy’ego, nie aktora w jego roli. Poruszanie się na scenie, mimika, intonacja głosu, nawet te charakterystyczne tiki. Świetnie wczuł się w rolę i choć wątpię, aby nagle został większą gwiazdą, niż był do tej pory. To nie ten typ filmu. To hołd dla fanów, dla pozostałych członków zespołu, nie hollywoodzki twór w drodze po Oscara. Zapewne obejrzę jeszcze nie raz ten film, ale jak wspominałam, jestem psychofanką, Ty też się nie rozczarujesz idąc na niego do kina.

Polecam, choć mogło być ostrzej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook